MEMENTO MORI

Przebijamy się przez kartony, półki, koce z rupieciami w poszukiwaniu przedmiotów, które na ten jeden ułamek sekundy zapierają nam dech w piersi. Najpierw nam, potem Wam. Często wychodzimy z pustymi rękami ale to wcale nie oznacza, że nic nie przyciągnęlo naszej uwagi.

Wręcz przeciwnie.

Niejednokrotnie czuję lub widzę kątem oka jak coś ściąga moje spojrzenie. Jeśli przedmioty mają energię, to te mają najsilniejszą. Szkaradne, śmieszne w swojej brzydocie, nierzadko straszne ale i poruszające, momentami symboliczne. Ocean koincydencji.
Nierówno pomalowane, ubite, wyrwane z kontekstu. Dające do myślenia i nie wychodzące za szybko z głowy. Wystawione przez handlarzy w nadziei, że ktoś je jednak kupi. A może zamysł marketingowy jest głębszy i ich szpetota ma podkreślać urodę reszty towaru? Targowiskowe memento mori – niektóre przedmioty dostaną drugie życie, ale są i takie które już na zawsze będą się tułać z miejsca w miejsce, bez szans na adopcję.

/ Parę lat temu postanowiłam robić im zdjęcia, w związku z czym dorobiliśmy się pokaźnej kolekcji dziwactw uwiecznionych na fotografiach. Jeden z obrazów kupiliśmy, oprawiliśmy należycie w złotą ramę i powiesiliśmy w domu. Mało kto pozostaje wobec niego obojętny i do tej pory trwają dywagacje, co artysta miał na myśli malując sarnę z króliczymi uszami i głową mniejszą od jabłka./

Marta


NADRABIAM ZALEGŁOŚCI

– A w tym sezonie kupię sobie jeszcze spodnie-narciarki – odgroziłam się synom i mężowi, dzierżąc w dłoni reklamówkę ze świeżo kupionymi dżinsami typu dekatyz.
– Mamo, a co to są narciarki?
– Spodnie ze sztucznego materiału, z gumą pod stopami. W latach 80-tych nosiły je wszystkie fajne laski, a że byłam dzieckiem, nie mogłam takich mieć. Teraz chcę je kupić, bo…
– Bo nadrabiasz zaległości.

Pamiętam, jak w 2000 r. w Warszawie co najmniej raz dzienie mijałam witrynę sklepu z komputerami Apple Inc. „Think different” – przekonywała mnie Isadora Duncan i Ghandi, zwisający na wielkich plakatach w minimalistycznym wnętrzu. Bardzo chciałam think different, zwłaszcza przy pomocy jednej z ich cudownych, plastikowych i półprzezroczystych landrynek iMac G3 w intensywnych kolorach, odcinających się tak bardzo od świata w kolorze przybrudzonego beżu, przetykanego czerwienią budek z chińszczyzną.
Niestety cena urządzenia do nieszablonowego myślenia była na tyle abstrakcyjna, że rozważania o nabytku ze sklepu na rogu przekierowałam sprytnie na chęć nabycia plakatu z Isadorą. Sympatyczny, ale cokolwiek suchy Ghandi nie był brany pod uwagę. Plakatu ostatecznie nie zdobyłam.

Rok temu chłopakom udało się upolować w jednym z naszych miejsc iMac’a G3 w kolorze indygo. Za 50 zł. „Spóźnione ale szczere” – tak można najtrafniej określić uczucie ekstatycznej radości na widok komputera, którego chęć posiadania Apple tak skutecznie wdrukowało mi paręnaście lat temu.

Nadrobiłam zaległość.

/ iMac G3 został zaprojektowany przez Apple’s Industrial Design Group, dowodzoną przez Jonathana Ive. Duży wpływ na design komputera miał sam Steve Jobs. W założeniu, środek iMaca miał być równie piękny jak jego zewnętrzna powłoka, stąd przezroczystości. Najpopularniejszy kolor iMac G3, tzw. Bondi Blue, miał odnosić się do koloru fal oceanu przy plaży Bondi w Australii znanej jako raj surferów. W ten sposób Apple nadał barwę idei sufrowania po sieci. Produkowany w latach 1998 – 2003 /

                    Marta